Zawieszam bloga do nieodwołania. Kiedyś ta chwila musiała nastąpić, nie wiedziałam, że tak szybko. Muszę coś zmienić, na pewno poprawić, bardziej się postarać, bo nie wszystko mi się tu podoba. Na tym blogu się uczyłam, na następnym będę już umiała więcej. Tak, tak zakładam nowego ;) Adres podam jak już się zadomowię, tzn. rozszyfruję wszystkie funkcje edycji i będę mogła dodawać posty. Na razie wrzucam przedsmak. Enjoy!
Aktualizacja: nowy blog poprowadzę wspólnie ze specem od fotografii - Pauliną. Nowy adres to: http://baja-mode.blogspot.com
Ciągle pracuję nad swoją miłością do dodatków, a właściwie nad tym, żeby nieco zmalała. I mimo, że porównując się do osób zakochanych w bransoletach, długaśnych i wielkich kolczykach czy fikuśnych paskach, wypadam jak szara mysz, to i tak uważam, że czasem mam na sobie za dużo pstrokacizny. Dziś postanowiłam, więc spróbować czegoś nowego. Minimum kolorów, zero kolczyków, pasków, broszek i butów z aplikacjami dało taki oto efekt.
Zauważyłam, że mój płaszcz, choć trochę już znoszony, nadal jest pełen niespodzianek. Wygląda całkiem nieźle z podwiniętymi rękawami, bez paska i z niczym pod spodem;) Muszę tylko wreszcie zaopatrzyć się w nową "codzienną" torbę, bo ta jak na złość nie niszczy się w ogóle - choć jest z tak zwanej eko-skóry - i nie mam serca rzucić jej w kąt. Noszę ją już (wstyd się przyznać...) 3 rok! A może dłużej... Płaszcz jest znacznie młodszy i również rokuje nadzieje na podobną zażyłość.
Zasłuchałam się ponownie w Dżemie, tak - jestem sentymentalna. Ten wpis miał nosić tytuł "Cała w trawie", ale ostatecznie uznałam, że nie pasuje - trawy, ani trawiastych wzorów i kolorów na sobie nie mam, a i piosenka jest zbyt dobra, żeby tak szafować jej tytułem. Zresztą, posłuchajcie:
A na mnie dzisiaj same kwiaty - trend utrzymujący się w czołówce już od kilku letnich sezonów. W tym roku najbardziej gorące będą wielkie kwiatowe pejzaże, ale ja pozostałam przy delikatnej łączce, bo akurat taką miałam w szafie;) Wszystko w odcieniu cielistego różu, który, przyznaję, kocham coraz bardziej. Brakuje mi tylko legginsów w takim odcieniu (tylko czy to nie byłaby już lekka przesada?). Dalej też noszę broszki, które wyszły spod szydełka mojej mamy - to niesamowite w ilu ciuchowych kombinacjach sie sprawdzają, czasem sama jestem zadziwiona. Może kiedyś zrobię kolaż z broszkami w roli głównej i wrzucę go tutaj, hmm...:)
Na początek małe wyjaśnienie: inspiracją do tego stroju nie była żałoba narodowa. Ot tak, po prostu świat ostatnio posmutniał, a ja razem z nim. Wydarzenia minionego tygodnia były szokiem i wstrząsem chyba dla każdego, kto z Polską się identyfikuje. Ale dość już o tym, nie chcę się powtarzać. Niech to będzie cichy i krótki post.
Dziś wpis końcowy. Ale nie to, że kończe z blogiem - tę radość zostawię Wam na później:) Dziś będzie ambitnie: kończę z szarzyzną i zimowym lenistwem (które, nota bene, spowodowało, że moja ostatnia notka wydarzyła się ho ho ho, dawnooo)! Postanawiam puścić kolor w ruch, a razem z nim siebie samą. Pierwszy krok na tej wyboistej (dosłownie) drodze juz wykonałam - jak widać poszłam pośmigać na rolkach. Co ciekawe, rolki, które nadal użytkuję dostałam kiedy miałam 10 lat i nadal są na mnie dobre - czego nie moge powiedzieć o pozozstałych częściach garderoby;)
A jeśli już mowa o garderobie, to dziś jestem cała "second". Wszystkie ciuchy, które mam na sobie - poza butami rzecz jasna - pochodzą albo z lumpeksu, albo zostały odnalezione na ciuchowej wymianie. Szczególnie podoba mi się torba, bo choć odrobinę wyblakła, to zachowała swój wiosenno - letni charakter, a intensywne użytkowanie nadało jej jeszcze odrobinę grungeowego polotu.
Spodnie - niebieskie, czy jak kto woli - blue - też mają swoją historię. W ubiegłym roku były niezastąpione przy przeprowadzce - tak jak żadne inne dawały się brudzić, gnieść, kurzyć, a i tak po praniu wyglądają jak nówki nieśmigane:) A co mnie cieszy najbardziej - wreszcie nadeszła wiosna i wreszcie zakładając je nie świecę jak niebieska żarówa na tle białego (żółtego?) śniegu.
bluza: vero moda (lumpeks)
spodnie: pimkie (lumpeks)
torba: troll (wymieniona)
trampki: no name
rolki: stary prezent :)
ps. Zaraz po dodaniu tego wpisu świat obiegła informacja o śmierci Lecha Kaczyńskiego wraz z żoną na pokładzie samolotu lecącego na katyńske uroczystości. Katastrofy nie przeżył nikt z 96 osób na pokładzie... Przeżyłam szok. Kto by przypuszczał, że na raz zginą najważniejsze osoby w państwie? I choć nigdy nie sympatyzowałam z PiSowskim obozem uznaję to za wielką narodową tragedię i składam najszczersze wyrazy współczucia rodzinom i przyjaciołom ofiar.